10 września 2017

16.

– Oddaj… mi… buty!
Hermiona wyrwała Teodorowi szpilki i przytrzymując się ściany windy, założyła je na nogi. Chłopak w dalszym ciągu świetnie się bawił, więc jedynie obserwował ją z uśmieszkiem na ustach. Kiedy się wyprostowała, tylko po jej spojrzeniu już wiedział, co za chwilę usłyszy.
– To chyba nie jest dobry pomysł.
Przewrócił oczami.
– Dlaczego? Bo jest ryzyko, że się odprężysz? – zakpił.
– Nie o to chodzi…
– To o co? O to, że powiedziałem ci, co myślę o ciągłych atakach na Chimerę? Przestań, ile mamy lat – prychnął, świadomie dając jej werbalnego prztyczka w nos. – I nie, bynajmniej nie przez Zabiniego zgodziłem się u ciebie pracować. On był ostatnią osobą, która tego chciała, zważywszy na wasze kontakty w szkole.
– Dobrze, przyznaję, że źle cię oceniłam – przerwała mu niechętnie Hermiona. – Po prostu nic mi się nie składało i nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak nagle zmieniłeś zdanie.
Teodor wzruszył ramionami.
– Dokładnie przemyślałem twoją propozycję. Stwierdziłem, że nie poradzisz sobie sama z tym bajzlem.
Starał się wyglądać na dobrotliwego oraz poważnego, ale nie wyszło mu i zachichotał. Hermiona tylko uniosła wysoko podbródek i nie odezwała się więcej, dopóki nie wyszli na ciepłe, sierpniowe powietrze. Już niemal zapadł zmrok, ulicami śmigały samochody, a chodnikami w stronę najbliższych pubów szli pierwsi weekendowi imprezowicze. Granger obserwowała ich przez chwilę, po czym spytała:
– To gdzie idziemy?
Nie zastanowiwszy się długo, Teodor rzucił pierwszą nazwę, która przyszła mu do głowy.
– Do CoCo.
Klub nie znajdował się daleko, więc postanowili przejść się te kilka przecznic, zamiast brać taksówkę. Teodor obserwował kątem oka Granger, która wyglądała na skupioną jak przed egzaminem końcowym z transmutacji.
– Przestań myśleć o pracy – rzucił. – Teraz masz wolne.
– Och, tobie to łatwo mówić! – odparła z irytacją, zakładając ręce na piersiach. – Nie dokończyłam wszystkiego, co na dzisiaj zaplanowałam i…
– I pewnie Ziemia przestanie się kręcić? Daj spokój, czas najwyższy, żebyś spróbowała czegoś innego od ciągłego zajmowania się pracą. Życie jest na to za krótkie.
– Ale ja nie zajmuję się ciągle pracą – zaprzeczyła gwałtownie.
– Tak? To co robisz w czasie wolnym?
– Cóż… – Szukała chwilę przykładu. – O, sprzątam w mieszkaniu.
– Rzeczywiście relaksujące.
– Mówią, że najlepszym odpoczynkiem od pracy umysłowej jest wysiłek fizyczny.
– Być może, ale nie uwierzę, że w ten sposób rzeczywiście odpoczywasz. – Rozejrzał się szybko i wszedł na jezdnię, uważając, czy dziewczyna idzie za nim. – Okej, nie wyglądasz na jakąś szczególnie wyczerpaną, Granger. Wyglądasz gorzej, bo jak na ciągłym speedzie.
– Nieprawda! – Para idąca przed nimi odwróciła się na ten niespodziewany okrzyk. – Wcale tak nie wyglądam – dodała ciszej Hermiona. – Czy to coś złego, że praca sprawia mi satysfakcję?
– Nie, ale wydaje mi się, że dlatego tak bardzo się w nią angażujesz, bo nie znasz innego życia – ocenił Teodor. Skręcili w prawo i znaleźli się na ulicy obfitującej w kluby, puby oraz małe punkty z jedzeniem na wynos. Było jeszcze za wcześnie na tłumy szukające rozrywki po tygodniu w robocie, ale w powietrzu już wyczuwało się atmosferę rozluźnienia. Brunet spojrzał na Hermionę, odrzucając myśl, że to jego szefowa; teraz była po prostu młodą dziewczyną starającą się żyć jak ktoś o wiele od niej starszy z powodu swoich ambicji. Ich oczy się spotkały. – Dlatego ja chcę ci pokazać jedną z alternatyw.
Postanowiła zaryzykować.
Nad wejściem do CoCo wisiał rozświetlony na różowo napis z nazwą klubu, który Hermiona obrzuciła podejrzliwym spojrzeniem. Nie było bramkarza, toteż szybko znaleźli się u szczytu długich schodów prowadzących do piwnicy.
Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie – mruknęła Granger, na co Teodor tylko zaśmiał się gardłowo i puścił ją przodem.
Nie zdziwiło go, że w środku ledwie kilka stolików było zajętych. Zasugerował Hermionie, by wybrała im jakiś, lecz ona wolała trzymać się blisko niego.
– Nie znam miejsca – wyjaśniła pospiesznie, ale Teodor wiedział, że w głębi duszy czuje się tak samo obco, jak na pewno obco czuła się, wsiadłszy po raz pierwszy do Ekspresu Hogwart.
Nie patyczkował się i od razu zamówił butelkę wódki oraz dwie cole, a do tego poprosił o kieliszki. Hermiona stała z boku, ale kiedy wyjął portfel, zaprotestowała.
– Ja zapłacę…
– Daj spokój, Granger. – Jeszcze tego brakowało, żeby za niego płaciła. – Jakby nie patrzeć, to i tak twoje pieniądze.
Chciał usiąść w sali dla niepalących, żeby nie trzymać Hermiony w dymie, ale uparła się, by poszli do palarni, tak by Teodor nie musiał ciągle wychodzić na papierosa. Przy stoliku usiadła wyprostowana jak struna, a potem patrzyła na wszystko, tylko nie na otwieraną przez swojego asystenta butelkę.
– Ładnie tu – skomentowała. Teodor, który wprawdzie przyzwyczaił się do czerwonych obić foteli, rzeźbionych stolików i łagodnego, ciepłego światła, przyznał jej rację. Nalał wódki do dwóch kieliszków, po czym podsunął jeden z nich Hermionie. Chwyciła go w dłoń, a drugą wzięła szklankę z colą. Nagle skrzywiła się. – Nie dam rady.
Teodor przewrócił oczami.
– Pij, nie gadaj. – Pomyślał o tych dwóch whisky, które wypił u Zabiniego. A, wytrzeźwiał już. – Na trzy. Raz… dwa… trzy!
Kiedy wziął kilka łyków coli, okazało się, że Granger wciąż siedziała tak jak wcześniej, wpatrzona z powątpiewaniem w poczynania Notta. Posłał jej pełne oburzenia spojrzenie.
– Serio? Granger, stoisz na czele całego departamentu, a boisz się kieliszka alkoholu? – Wiedział, że łyknie przynętę. I łyknęła. Zmrużyła oczy, po czym łyknęła także swoją kolejkę.
– Ojej! – pisnęła, ale nie skrzywiła się.
– Popita – przypomniał jej Teodor, lecz ona tylko potrząsnęła głową.
– Nie chcę.
Cała jej reakcja sprawiła, że zaczął się zastanawiać, czy nie okłamała go, mówiąc, że nie zdarza jej się pić alkoholu, a jeśli już, to wino.
– No, no – zacmokał, wyjmując papierosa z paczki. – Niezła zawodniczka z ciebie, Granger. Chcesz?
Zdziwił się tym bardziej, kiedy wzięła podsuniętego papierosa i usiłowała się zaciągnąć, ale w końcu tylko potrzymała chwilę dym w ustach, po czym ze świstem go wypuściła. Cóż, jego początki wyglądały podobnie.
– Teraz ty polewasz – rzucił.
– Ale tak już? – spytała szczerze przestraszona. Teodor tylko zachęcił ją skinięciem głowy. – O Merlinie.
Do jednego kieliszka nalała nieporadnie, bo do dwóch trzecich, a do drugiego tyle, że aż się przelało. Zabrała się do wyjmowania chusteczki, ale Teodor machnął dłonią.
– Daj spokój, zdąży się jeszcze wylać. Tamten jest twój – po czym wychylił zawartość kieliszka, tak by Granger nie miała wyboru i musiała zająć się tym z zawartością po brzegi. Gdy drugą kolejkę również załatwiła bez popity, chłopak nie krył już zdziwienia. – Czy ty mnie okłamałaś?
– W jakim sensie?
– Że jesteś grzecznym Gryfiątkiem.
Zarumieniła się, ale nie wiedział, czy od alkoholu, czy ze złości.
– Zamknij się, Nott – powiedziała ku jego zaskoczeniu – i polej nam jeszcze.

– Opowiedz mi coś.
– Chyba i tak wszystkiego już się dowiedziałaś.
– Nie. Nie chciałam twojej teczki od Kingsleya.
– To mam swoją teczkę? Nie wiedziałem, że jestem aż tak ważny.
– Bo nie jesteś. – Teodor z papierosem w ustach obserwował, jak Hermiona zdejmuje żakiet i wiesza go na oparciu krzesła. Kremowa bluzka opinała się na niewielkim biuście i odsłaniała smukłe ramiona. – Kingsley musiał cię sprawdzić, ponieważ twój ojciec to śmierciożerca. Powiedziałam mu, że ci ufam, więc nie potrzebuję więcej informacji poza tymi, które otrzymałam, zanim cię przyjęłam.
– Ufasz mi? – spytał zaczepnie Teodor, zaciągając się. Granger popatrzyła na niego z politowaniem i wyciągnęła dłoń po papierosa. – Dobrze, więc co chcesz wiedzieć?
Zanim odpowiedziała, zakaszlała porządnie po kolejnej próbie wciągnięcia dymu prosto do płuc.
– Powiedziałeś mi kiedyś, że przez magię straciłeś wszystkich, na których ci zależało. – Oj, wkroczyła na bardzo zły temat, ale Teodor pozwolił jej kontynuować. – Chcę wiedzieć kogo.
Początkowo zdziwiła go ta bezpośredniość, jednak później zerknął na ubytek wódki w butelce, i pozbył się wszelkich obiekcji.
– W Hogwarcie miałem jednego przyjaciela i to bynajmniej nie Malfoya ani Zabiniego – zaczął. Hermiona obserwowała go uważnie, a jej brązowe oczy lśniły, otoczone wachlarzem rzęs. Nos i policzki były usiane drobnymi piegami. Dlaczego wcześniej ich nie zauważył? – Miał na imię Mathew, był w Ravenclawie na naszym roku. Bardzo… zżyliśmy się.
– To miłe.
– Pamiętam, jak pierwszego dnia mu przyłożyłem. Piękne czasy.
– CO zrobiłeś?
– Chwalił się, że jego dziadkiem jest Voldemort, kretyn. Więc podszedłem i mu przyłożyłem. Takich rzeczy się nie mówi.
Granger patrzyła na niego, czekając, aż powie, że żartuje, ale niestety dla niej i dla samego Teodora, to rzeczywiście się wydarzyło.
– Od tamtej pory Mattowi bardzo zależało – kontynuował – żebym przestał się spinać. Łaził za mną i powtarzał, żebym wyjął kołek z wiadomego miejsca. Ile ja się nakląłem… On nauczył mnie przeklinać. Słownictwo miał jakie miał, ale przed nauczycielami zgrywał grzecznego, w dodatku całkiem nieźle sobie radził z nauką, więc łatwiej było mu stwarzać pozory ideału. Często powtarzałem, że powinien był wylądować w Slytherinie.
– Tak jak ty powinieneś wylądować w Ravenclawie – wtrąciła Hermiona, na co Teodora uniósł brwi.
– Dlaczego tak sądzisz?
Zmieszała się.
– Cóż, to pragnienie wiedzy znowu cię do nas sprowadziło, prawda? – Uśmiechnęła się, ale Teodor nie mógł zmusić się, by odpowiedzieć tym samym.
Ty to zrobiłaś.
– W każdym razie – ciągnął – okazało się, że mieszka niedaleko, a że jego rodzina była czystokrwista, mój ojciec nie miał problemu z ciągłym przesiadywaniem u nas Matta. Chyba nawet go polubił, zawsze stawiał na naukę. Matt go oczarował, tak jak innych nauczycieli, którzy zawsze, słysząc cichą kurwę idącą przez klasę, myśleli, że to ja.
Granger nie wytrzymała i zaśmiała się głośno, jednak nie zwróciła tym uwagi innych klientów przesiadujących w palarni. W CoCo z biegiem czasu robiło się coraz tłoczniej i głośniej, lecz Teodor lubił ten szczególny nastrój rozprężenia, więc nie proponował przeniesienia się gdzie indziej.
– Matt był pierwszą osobą nie ze Slytherinu, która dowiedziała się o śmierciożerstwie mojego ojca – powiedział. Uśmiechnął się na pół z sentymentem, na pół z goryczą. – I wiesz, miał to gdzieś. Po prostu…
Coś ścisnęło mu się w gardle. Bez słowa napełnił oba kieliszki.
– Po prostu zrzucili go z tej pieprzonej sowiarnii podczas bitwy.
Łyknął wódkę i nawet nie sięgnął po colę. Hermiona podniosła swój kieliszek.
– Za Matta.
Siedzieli przez chwilę w ciszy. Teodor walczył ze wspomnieniami napływającymi do jego umysłu, aż w końcu uczepił się tego jednego, gdy wracał z toalety w pociągu i usłyszał, jak niewyrośnięty głąb opowiada bzdury oszołomionym kolegom o dziadku Voldemorcie. Uśmiechnął się lekko.
– Chciałeś być taki jak on? – spytała niespodziewanie Hermiona. Teodor uniósł brwi. – Jak twój ojciec.
– Nigdy – odparł bez wahania. – Brzydziłem się tym, co robił, odkąd zrozumiałem, że pochodzenie nie zmienia koloru krwi ani tym bardziej tego, kim jesteś. Mój ojciec nigdy nie powtarzał, że moja przyszłość to Czarny Pan, tak jak robił to ojciec Dracona, jedynie utwierdzał mnie w tym, że kiedyś zyskamy władzę nad mugolami, a szlamy trzeba tępić… Wybacz – dodał pospiesznie. – Nie chciałem cię urazić.
– I nie zrobiłeś tego. – Granger nawet po kilku kolejkach siedziała idealnie wyprostowana. – Wiem, że jestem szlamą, nie wstydzę się tego.
Teodor zacisnął usta.
– Mój sprzeciw był jedynie cichy – mruknął. – Nigdy nie dowiedział się, co tak naprawdę sądzę o jego ideałach. Ideałach… Z jednej strony szedł za Czarnym Panem jak pies, a z drugiej nie szukał go po upadku. Bał się go, jednocześnie ślepo wierząc w jego potęgę. Jestem takim samym tchórzem jak on.
– Nie jesteś – zaprzeczyła Hermiona. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczyma, z jej twarzy dosłownie buchał żar. – Pamiętam, jak walczyłeś podczas bitwy. Walczyłeś przeciw swojemu ojcu, widziałam cię, Teodorze… W końcu mu pokazałeś, w co tak naprawdę wierzysz.
– Tyle że ja nie wierzę już w nic, Granger. Anthony Nott nie żyje, a ja nawet nie czułem żalu, gdy patrzył na mnie pustymi, martwymi oczami. Uważałem i uważam dotąd, że dostał to, na co zasłużył. Tylko czy rzeczywiście zasłużył? Ty też walczyłaś o swoje idee. Co takiego daje ci pierwszeństwo w tym, by żyć dalej?
Nawet jeśli Granger zdziwiły jego słowa, nie okazała tego. Milczała z kamienną twarzą.
– Nigdy nie rozumiałem wojny. – Potrząsnął głową. – Dlaczego ktoś chce osiągnąć władzę kosztem innych jednostek. Wszyscy chcą rządzić światem… Wszyscy walczą o to, w co wierzą. Czasem im tego zazdroszczę, tej świadomości, że są do czegoś stworzeni, że mają jakiś cel. Ja nie wierzę już w nic – powtórzył, po czym odpalił papierosa i więcej się nie odezwał.
Hermiona nie wyglądała na oszołomioną, ale wyraźnie zastanawiała się nad jego słowami. Obrysowała końcem paznokcia jakiś kształt na blacie stolika i powiedziała melancholijnie:
– Wojna zabrała nam najlepsze lata. Żałuję, że nie mogłam być tą beztroską nastolatką, której niby wszystko wolno, a która tak naprawdę odpowiada tylko za to, co zje na śniadanie.
– Więc może teraz czas to nadrobić.
– Za późno, Teodorze. Teraz już jest dorosłe życie i nie ma możliwości powrotu do tego, co utraciliśmy.
– Mówisz tak, bo uważasz, że tak powinno być. Niekoniecznie, Granger. Wojna zdefiniowała cię, zaważyła na tym, kim jesteś, i kazała ci szybciej dorosnąć, ale nie pozwól, by to piętno dalej cię pętało. Pozwól samej sobie bawić się, robić to, co kochasz, pozwól samej sobie wdychać życie, a nie tylko wegetować za biurkiem w gabinecie. Nie, Granger, daj mi skończyć – syknął, kiedy otwierała usta, by mu odpowiedzieć. – Nie denerwuj się, bo nie o to mi chodzi. Widzę, że JUŻ robisz to, co kochasz, i podziwiam cię za wysiłek, jaki wkładasz w swoją pracę. Ale czasem wydaje mi się, że po prostu nie znasz innych wyjść, dlatego kroczysz tylko po tej znajomej, pewnej ścieżce i nie dajesz sobie możliwości skosztowania czegoś innego. Nie na tym polega życie, Granger. Życie polega na poznawaniu, wchodzeniu na kolejne stopnie. Wiem, że na pewno zechcesz osiągnąć sam szczyt, bo taka właśnie jesteś. Ambitna. – Teodor uśmiechnął się do wpatrzonych w niego oczu i poczuł dziwne ciepło w głębi siebie. – Ale zatrzymaj się czasem i spróbuj uszczknąć coś więcej, niż tylko same widoki.
Wcześniej Hermiona miała wiele do powiedzenia, lecz teraz wpatrywała się w Teodora oniemiała. Miał nadzieję, że trafił, bo… bo chciał dla niej dobrze. Chciał, by była jeszcze szczęśliwsza niż teraz, bo że była szczęśliwa, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Ale mogła więcej. A on chciał jej to pokazać.
– Bądź czasem nastolatką – powiedział cicho, znów napełniając kieliszki – która wraca do domu po godzinie policyjnej, wstawiona i śmierdząca papierosami.
Zachichotała.
– Bądź tą kujonką, która zawsze wszystko wie najlepiej i której horyzonty sięgają o wiele dalej niż przeciętnego ucznia. Bądź tą marzycielką, która czytała Szekspira w bibliotece, podczas gdy podręcznik do eliksirów leżał zamknięty obok. Bądź sobą, ale nie tą, którą każą ci być, tylko tą, którą chcesz być. I bądź tą kretynką, która pije wódkę bez popity.
Na potwierdzenie jego słów opróżniła swój kieliszek, po czym uśmiechnęła się wesoło.
– A ty nie bądź tym hipokrytą, który każe innym być sobą, a sam daje się wciągnąć do pracy, na którą wcale nie ma ochoty.
Teodor już chciał odpowiedzieć, że Departament Tajemnic przestał być jego jedyną motywacją, a potem zrzucić to na karb upojenia alkoholowego, jednak tuż po słowach Hermiony, rozległ się okrzyk.
– Nottie!
Przez salę z piwem w ręku kroczył Montague. Teodor zapomniał, że w weekendy często bywał w CoCo, przecież tutaj spotkali go kiedyś z Malfoyem i Zabinim. Uścisnęli sobie dłonie, po czym wskazał na swoją szefową.
– To jest Hermiona Granger, pamiętasz ją z Hogwartu.
Montague zmarszczył krzaczaste brwi i Teodor od razu zaczął się zastanawiać, którą ręką będzie łatwiej mu przyłożyć, jeśli tylko ośmieli się w jakikolwiek sposób obrazić Granger. Były Ślizgon jednak nie rzucił żadnej uwagi, przywitał się i poczęstował ich papierosami. O dziwo, Gryfoniątko wzięło jednego, całego tylko dla siebie, co więcej – po raz pierwszy z sukcesem się zaciągnęła.
Teodor odrzucił od siebie myśl, jak seksownie Granger wyglądała z papierosem w ustach i z chmurą dymu nad głową.
– Co, odpoczynek po pracy? – zagaił Montague. – Pewnie teraz w ministerstwie robota pali wam się w rękach.
Podczas krótkiej rozmowy Teodor obserwował Granger kątem oka. Zauważył, że odsunęła się nieznacznie, kiedy Montague usiadł między nimi. Spięła się, wyglądała trochę jak kot czekający na atak czającego się na niego psa.
Jak Lwica czekająca na atak Węża.
Do żadnego ataku jednak nie doszło. Montague skończył papierosa, pożegnał się grzecznie i wrócił do swojego towarzystwa. Butelka stojąca na stoliku nie była jeszcze opróżniona, ale Teodor miał inne plany. Wsadził papierosy i zapalniczkę do kieszeni.
– Chodź, Granger, zbieramy się.
Wyglądała na zdezorientowaną, jednak bez sprzeciwu wstała. Zachwiała się, szybko odzyskała równowagę, z godnością założyła żakiet i podreptała przez lokal w stronę wyjścia. Teodor szedł za nią, myśląc, jak szybko zdąży ją złapać, gdy wreszcie poplączą jej się nogi i wyłoży się w tych swoich szpilkach.

Na zewnątrz oddychało się o wiele lepiej. Granger też od razu się ożywiła, mimo że nie mogła ustać prosto, o skupieniu wzroku na jednym punkcie nie wspominając.
– Gdzie teraz? – spytała jak mała dziewczynka, która po wycieczce do zoo gorąco liczyła na lody.
Teodor uśmiechnął się.
– Nie wiem jak ty, ale ja zrobiłem się głodny.
Wylądowali przy budce z jedzeniem niedaleko. Teodor zamówił sobie hot-doga, a Hermiona zażyczyła sobie duże frytki. Ze swoją późną kolacją przeszli się w kierunku pobliskiego skweru, gdzie usiedli na najporządniejszej ze wszystkich obdartych ławeczek. Po ulicy toczyły się nieliczne samochody. Ze strony, z której przyszli, wciąż dochodziły do nich głosy imprezowiczów.
– Teodorze? – zagadnęła dziewczyna. Kiedy mruknął coś pod nosem, spytała: – Co z twoją matką?
Aż dziwne, że nie zahaczyła o to wcześniej.
– Nie żyje.
– Przykro mi – wymamrotała.
– Nie ma czego. – Otarł sobie usta z keczupu. – Ledwo ją pamiętam. Moje najwyraźniejsze wspomnienie to chwila jej śmierci, kiedy konała w swoim łóżku na smoczą ospę.
– Pewnie to zbliżyło cię do ojca – powiedziała łagodnie Hermiona.
Teodor roześmiał się.
Nie było mi przykro, kiedy zginął. Naprawdę myślisz, że mi na nim zależało? Rzadko rozmawialiśmy. Najbardziej liczyła się dla niego edukacja, a dopóki nie przynosiłem złych stopni, nie miał czego się czepiać. Dzięki temu w ogóle nie musiał się do mnie odzywać. – Nagle poczuł irytację. – Granger, nie mówmy już o tym. Nie mam ochoty rozmawiać dzisiaj o moim tatusiu.
Gdy skończyli, Teodor odpalił im po papierosie i siedzieli tak, oddychając głęboko i obserwując rozbawionych ludzi. Przed nimi przejechało auto, z którego sączyła się głośna muzyka.
– Wychodziłaś tak kiedyś na miasto nocą? – spytał Teodor. Hermiona potrząsnęła głową.
– Może raz czy dwa byłam z Ginny na drinku – odrzekła – ale ona miała treningi quidditcha, ja dopiero zaczynałam w ministerstwie i ciężko było się zgrać.
– Dlaczego Weasley cię nie zabiera?
Na to nie odpowiedziała, przynajmniej nie wprost.
– Myślę, że to nie jest twoja sprawa. – Jej głos przypominał lód.
– Och, ty jakoś mogłaś pytać o szczegóły rodzinne.
– To nie to samo – prychnęła. Teodor nie miał zamiaru się poddać.
– Ile jesteście razem?
– Siedem lat.
Zagwizdał.
– Nie powinnaś już od jakiegoś czasu być panią Weasley?
– Na miłość boską, dlaczego wszyscy pytają o to samo? – zdenerwowała się. – Ginny powtarza, że chciałaby być druhną na naszym ślubie, a moi rodzice odkąd skończyłam szkołę, zastanawiają się, dlaczego on mi się nie oświadczył.
– Bo właściwie dlaczego tego nie zrobił?
– Och, NOTT! – Zerwała się z ławki. Wrzuciła papierek po frytkach do kosza z taką siłą, jakby chciała przebić się nim do ziemi. – Nie masz prawa pytać o takie rzeczy!
– Ty mnie spytałaś, czy chciałem ciągnąć za Czarnym Panem tren jego sukienki.
Widział, że kąciki jej ust drgnęły, ale zachowała powagę.
– To nie jest śmieszne – fuknęła. Usiadła obok Teodora już spokojniejsza. – Ron… Ron już dawno chciał sformalizować nasz związek. Marzy o rodzinie, tak dużej, w jakiej on się wychował.
– Ale ty o takiej nie marzysz – odczytał jej myśli Teodor. Hermiona westchnęła ciężko.
– Jestem jedynaczką – wyjaśniła. – Tak jak tata. Tylko od strony mamy mam wujka i trzy kuzynki, ale są dużo starsze ode mnie i jakoś nigdy nie mogłyśmy znaleźć wspólnego kontaktu. Duża rodzina mnie przeraża, a od małżeństwa ścieżka wiedzie prosto do dzieci.
– Nikt nie powiedział, że musicie od razu zrobić sobie piątkę – stwierdził Teodor. – Chyba że w ogóle ich nie chcesz.
Po jej minie zrozumiał, że znów trafił.
– Przeraża mnie perspektywa macierzyństwa – wyznała cicho. – Nie czuję się na to gotowa. Ron myśli, że to kwestia mojej pracy, że nie chcę zmarnować kariery na rzecz powiększenia rodziny, ale to nie tak. Myśl o tym, że miałabym zostać matką…
– Nikt ci nie każe nią zostać – stwierdził Teodor. – Ani teraz, ani później. I nikt nie każe ci wychodzić za mąż. Nie rób tego, bo tak wypada albo dlatego, że ktoś ma takie oczekiwania wobec ciebie.
Nie odpowiedziała. Ten temat był dla niej tak samo niewygodny, jak dla niego rozmowa o Anthonym, więc postanowił odpuścić. Zastanowił się chwilę. Ocenił szybko stan Granger i stwierdził, że jeszcze wytrzyma.
– Chodź, idziemy dalej.
– Co? – Zaskoczył ją, ale posłusznie wstała. Widać przekąska dobrze na nią podziałała, bo mogła już normalnie ustać na nogach. – Nie, Teodorze, nie mogę, chciałam jutro wcześniej wstać i zająć się sprawą O’Connell…
  Nott wywrócił oczami.
– Nie wydziwiaj, Granger – prychnął. – Która godzina? Jedenasta? Jest piątek, masz jeszcze całe dwa dni, żeby to ogarnąć.
– Ale ja chciałam jutro…
– Nic się nie stanie, jeśli zmienisz trochę plany.
O dziwo zmrużyła oczy i zacisnęła mocno usta.
– Owszem, stanie się – syknęła. – Już i tak zaciągnąłeś mnie tutaj wbrew mojej woli i zburzyłeś cały schemat dzisiejszej pracy. Nie pozwolę, żebyś jeszcze bardziej podważył moją kontrolę.
– Granger, za rękę cię nie wlokłem. Zresztą, nie da się być idealnym. Ty taka też nigdy nie będziesz. Możesz się starać, ale…
– Chcę dążyć do ideału – przerwała mu. – Nawet jeśli go nie osiągnę. Przynajmniej mam jakiś cel, rozwijam się… Zbliżę się do perfekcji na tyle, na ile zdołam.
– To już się robi niezdrowe! – sprzeciwił się Teodor. – Przecież ty zapisujesz w Kalendarzu każdą minutę swojego życia!
– Nieprawda – burknęła.
– Prawda! Pokaż go!
Sięgnął do jej torebki, ale dziewczyna odskoczyła. Przez chwilę przepychali się, aż w końcu Teodor zrezygnował, bo chyba wyglądało to jak próba obrabowania.
– Dobra, w porządku! – Uniósł ręce do góry. – Po prostu chodzi mi o to, że można żyć inaczej, można… czuć więcej…
Hermiona wpatrywała się w niego bez słowa.
– A może ja chcę żyć właśnie tak? – Jej głos prawie zlewał się z szumem miasta. – Może to daje mi szczęście?
Temu Teodor nie mógł zaprzeczyć. Za mało o niej wiedział, by oceniać, czy jest szczęśliwa, czy też nie. Wiedział jedynie, że nie zna innych opcji, dlatego chciał je jej pokazać. Chciał, by miała wybór. On go odkrył dopiero, jak złamał różdżkę. Zrozumiał, że pochodzenie czy aktualne zajęcie nie nakierowuje go na konkretną drogę i decyzja tak naprawdę należy wyłącznie do niego.
Z jakiegoś powodu pragnął szczęścia Granger. Tylko żeby je uzyskać, trzeba było spróbować różnych smaków życia.
– Zanim wrócisz do domu, zaprowadzę cię w jeszcze jedno miejsce – oświadczył.
– Jakie? – spytała natychmiast.
– Zobaczysz.
– Nie, chcę wiedzieć teraz – uparła się.
Westchnął.
– Gdzieś, gdzie czujesz życie wszystkimi zmysłami.
Poszli do Irish Pubu, z którego dochodziła skoczna, folkowa muzyka, a miejsca zajmowali głównie brodaci, czerwoni od procentów mężczyźni. Teodor od razu zaprowadził Hermionę do baru, gdzie zamówił im po kuflu piwa.
– Chodź – mruknął. Ruszył w głąb pubu i zatrzymał się przy jednym ze stolików, przy którym siedziało czterech facetów oraz trzy kobiety. – Można się przysiąść?
– Jasne! – odpowiedziała ta siedząca najbliżej, robiąc im miejsce.
– Znasz ich? – szepnęła dyskretnie Hermiona. Teodor uśmiechnął się łobuzersko.
– Ani trochę. Cześć, jestem Teo, a to Hermiona.
Zaczęli rozmawiać, jakby znali się od dawna. Nick, barczysty, wąsaty sprzedawca samochodów, i jego żona Helen, mała blondyneczka, po raz pierwszy od dawna wyszli wieczorem z domu; opieka nad trójką dzieci potrafiła wyczerpać wszelkie pokłady energii. Mark oraz David pracowali jako księgowi w dużej firmie. Lubili to miejsce głównie za muzykę, więc jeszcze jedno piwo i planowali pójść w tany z jakimiś pięknymi dziewczętami. Sharon rozstała się niedawno z mężem, także zamierzała podzielić los kolegów. A Luke po prostu lubił spotykać się z nimi wszystkimi, nawet jeśli następnego dnia czekała go praca od rana. Przyjaciele byli najważniejsi.
– A wy? Też oddech od dzieci? – spytała z uśmiechem Helen.
Hermiona spłonęła rumieńcem i Teodor miał ochotę sobie z niej zażartować, mówiąc, że mała Rose została z dziadkami, ale pomyślał, że może się to źle dla niego skończyć.
– Jest moją szefową – wyjaśnił. – Gdybym jej dzisiaj nie wyciągnął, nigdy nie zaznałaby smaku nocnego życia.
Granger już otwierała usta, by mu odpowiedzieć, ale ostatecznie zrezygnowała; spojrzała dziwnie na Notta i pociągnęła duży łyk piwa. Teodor stuknął swoim kuflem o jej i szepnął:
– Za życie.
Chwilę później – tak wydawało się Teodorowi, w rzeczywistości minęło czterdzieści minut – David pociągnął Sharon do tańca. Miejsca nie było dużo, ale jednak wystarczająco, by mogli dać się porwać skocznej muzyce. Hermiona patrzyła na nich tępym wzrokiem. Jej kufel był opróżniony, lecz Teodor nie zamierzał iść po następny. Zamiast tego chwycił ją za rękę i pociągnął na środek sali.
Granger zaśmiała się radośnie.
– Nie umiem tego! – krzyknęła.
W odpowiedzi Teodor przyciągnął ją do siebie, jedną ręką obejmując w pasie, i już tańczyli wśród innych par. Co jakiś czas wpadali na kogoś, ale wciąż nie na tyle gwałtownie, by przerwali zabawę. Hermiona piszczała, lecz nie wypadała z rytmu. Potem mężczyźni zmienili partnerki i wylądowała w objęciach Marka. Teodorowi przypadła rudowłosa, wysoka dziewczyna, która poruszała się o wiele sprawniej niż była Gryfonka. Wyczuwała każdą intencję i wykonywała dokładnie taki ruch, jaki planował partner. Tyle że Nott wolał chyba nieporadną, dającą się poprowadzić w ciemno Granger.
Doszło do kolejnej rotacji, a potem do jeszcze jednej. Teodor zatrzymał się, by wyłapać wśród tańczących swoją szefową, ale tej nigdzie nie było.
Od razu poczuł niepokój. Zatrzymał Marka pląsającego znowu z Sharon, złapał go za ramię i wycedził:
– Gdzie ona jest?
– Kto?
– Hermiona, do cholery!
– Chyba wyszła! – krzyknął Mark i beztrosko wrócił do zabawy.
Teodor niemal wybiegł z pubu. Odetchnął z ulgą, zobaczywszy Granger opartą o ścianę. Oddychała głęboko, jakby miała zaraz zemdleć.
– W porządku?
Kiwnęła głową, jednak Teodor widział po niej, że zdecydowanie nie było w porządku.
– Odprowadzę cię do domu – oświadczył tonem nieznoszącym sprzeciwu, ale Hermiona tak się przestraszyła, że prawie poleciała na chodnik.
– Nie, nie… Ronald będzie zły, jak cię zobaczy – wybełkotała. – Ronald nie może cię zobaczyć, nie, nie…
Teodor, któremu niewiele brakowało do takiego stanu, w jakim była Granger, podjął decyzję.
– Dasz radę pojechać metrem?

W pociągu Granger grzecznie zasnęła, śliniąc całą szybę, ale Nott podejrzewał, że to tylko cisza przed burzą. Aleją kasztanową prowadzącą do jego domu szli powoli, tak by Hermiona nie skręciła sobie nogi, jako że uparła się, by iść w szpilkach. W końcu jednak i tak wylądowała na tyłku, zdziwiona, jakby dopiero co pierwszy raz w życiu ujrzała śnieg.
– Ojej – jęknęła, patrząc na swoje poharatane dłonie, w których utkwiło trochę kamyczków. – Ojej.
Teodor pomógł jej wstać i przytrzymując ją w talii, dalej prowadził drogą. Niepostrzeżenie wyjęła różdżkę, ale Nott nie zdążył nic zrobić.
Episkey.
Zadziwiające, że potrafiła uleczyć rany, ale zapytana o dzień tygodnia, zapewne odpowiedziałaby „marzec”.
Weszli do domu dokładnie w chwili, gdy zegar w salonie wybił pierwszą. Usłyszawszy trzaśnięcie drzwi, u szczytu schodów pojawił się Brudek.
– Paniczu! – pisnął. – Czy to nie panna Granger?
– Tak, Brudku. – Puścił dziewczynę, ale ta zachwiała się niebezpiecznie, więc znów ją przytrzymał. – Możesz iść spać, poradzę sobie.
– Ależ paniczu…
– Dobranoc, Brudku – powiedział z naciskiem Teodor i poczekał, aż skrzat zniknie mu z pola widzenia. Przyjrzał się Granger. Była biała na twarzy. – Ściągaj buty – rozkazał. – Jeszcze się zabijesz.
Posłusznie zrzuciła szpilki. Jezu, była bez nich taka malutka.
Chwycił ją za nadgarstek i pociągnął w stronę schodów.
– Uważaj na stopnie.
Z drogą na górę poradziła sobie zaskakująco dobrze, bo mimo że trwała ona wieki, to jednak zęby Granger pozostały na swoim miejscu.
– Chcesz do łazienki? – Pokręciła głową. – Na pewno?
Odpowiedź znów była przecząca, ale i tak zamiast skierować się do sypialni, pociągnął gryfońskie zombie w przeciwną stronę. Ledwo przekroczyli próg pomieszczenia, z Granger wydobyło się jękliwe:
– Niedobrze mi…
Upadła na kolana przed toaletą, a Teodor w ostatniej chwili zjawił się obok gotowy udzielić ratunku.
I siedział tak przy niej, trzymając jej włosy i czekając, aż wyrzuci z siebie cały żal oraz rozgoryczenie.
Nigdy by nie pomyślał, że będzie uczestniczył w święcie narodowym upicia, a potem ratowania świętej Hermiony Granger.
Kiedy wszelkie odgłosy ucichły, pomógł szefowej wstać i obmyć twarz. Makijaż jej spłynął, przez co wyglądała jak panda. Musiał, po prostu musiał się zaśmiać. Coś tam mruknęła pod nosem.
– Nieważne, chodź, ewakuujemy cię stąd.
Zaprowadził ją do najbliższego pokoju, czyli swojej sypialni, gdzie pozwolił jej walnąć się na łóżko dokładnie tak jak stała. Opadła na brzuch i znieruchomiała. Teodor przypatrywał jej się przez chwilę, uśmiechając się kpiąco pod nosem. Nie mógł się doczekać poranka i tego wstydu, który padnie na Gryfiątko, kiedy tylko mu przypomni, co to robiło się po nocy.
Już miał wyjść, kiedy kątem oka dostrzegł ciemną smugę na stopie Granger. Myśląc, że jakimś cudem coś tam sobie wbiła, przyjrzał się temu. Najpierw wytrzeszczył oczy, a potem zarechotał.
Granger miała tatuaż. Na podeszwie stopy. Czarny napis prostą czcionką: WYPRODUKOWANO U MUGOLI.
Z uśmiechem na ustach wyszedł na korytarz. Pod drzwiami stał Brudek, całkowicie rozbudzony, a do tego zmartwiony.
– Co z panienką? – spytał. – Czy Brudek może się do czegoś przydać?
– Nie, idź spać. Jeśli rano Granger się obudzi, przypilnuj jej, dopóki ja nie wstanę. – Zawahał się. – I, Brudku, Granger to wyjątkowy gość. Chciałbym, żebyś wykonywał wszystkie jej polecenia. O cokolwiek nie poprosi. To nie Zabini czy Malfoy, o których cię strofowałem, żebyś zostawił ich w spokoju.
– Tak jest, paniczu. – Brudek skłonił się tak nisko, że jego długie uszy zamiotły podłogę.
– Wracaj do łóżka, niepotrzebnie w ogóle cię rozbudziłem.
Sam udał się do swojej starej sypialni, dopiero teraz odczuwając potworne zmęczenie oraz to, jak bardzo jest wstawiony. W głowie mu się kręciło i modlił się, by nie skończyć w łazience podobnie jak zwłoki leżące w pokoju obok. Położył się na pościeli w złote znicze i choć czuł, że kręci się szybciej niż śmigło helikoptera, niemal od razu zasnął. Zanim zamknął oczy, uśmiechnął się do siebie.
Wyprodukowano u mugoli, kto by pomyślał…
_______________
Dłuuugi rozdział i cały stricte Teomione. Z opóźnieniem, bo w paru miejscach przedobrzyłam i musiałam co nieco zmodyfikować. Jeśli chodzi o siedemnastkę, to nie mam pojęcia, kiedy się jej spodziewać, ponieważ jutro, najpóźniej we wtorek, oddaję laptopa do serwisu, więc dostanę go… no właśnie, też nie wiem.

Pozdrawiam Was serdecznie, moi mili.

Razem?

Na nagłówku jest Max Irons, textury są od Carllton i ZhrSmile, a w porządkach pomogły mi instrukcje z Tajemniczego Ogrodu.
Szablon wykonałam sama. Uprasza się o niekopiowanie.